Żaba i Chomik, Czyli Szczęście i Smutek + Śmieszny Dodatek
W poście będą dwie historie z mojego życia + dodatek.
Smutna:
Miałam chyba dziewięć lat wtedy. Szłam z Mamą się przejść do sklepu. Było jakoś pod wieczór, ale lato, czyli było jasno. Dla ciekawskich była godzina mniej więcej szesnasta, albo siedemnasta. Ale nic wtedy nie kupiłyśmy i wracałyśmy obok placu zabaw który jest za moją szkołą (teraz już byłą). Na chwilę się tam z Mamą zatrzymałam. Moja Mama pogadała chwilę z Babcią jakiegoś chłopca, młodszego ode mnie o jakieś dwa lata (?). Nie wiem dokładnie. Tak na oko. No i ten chłopiec był z Chomikiem. Takim pięknym, białym. Ale bez żadnej klatki czy czegoś, nawet bez pudełka, kompletnie bez niczego. No i raz, Chomiczek sobie został na ławce, a ja i mój kolega poszliśmy na zjeżdżalnię. Dosłownie na dwie minuty! Nie więcej! Wracamy.. A Chomiczka nie ma.. W błyskawicznym tempie zaczęliśmy poszukiwania, moja Mama i Jego Babcia też się w to zaangażowały. Był blok obok tego placu, gdzie druga strona jest ciut zarośnięta, tzn długa trawa etc, ale jest taka ścieżka wydeptana, więc źle nie jest. (Tak na marginesie - Lubię chodzić tam za ten blok xD). No i Mama i Babcia szukały po placu, a My w tych zaroślach. Ale sobie wyobrażacie? Na dwie minuty czy nawet niecałe i kamień w wodę! Pewnie zastanawiacie jaki był rezultat poszukiwań.. Otóż nie.. Nie znaleźliśmy. Poszukiwania były długie i bezcelowe.
- Wiesz co? |Ja|
- Co? |On|
- Przepraszam.. |Ja|
- Za co? |On|
- No bo mogłam zostać czy coś i mogliśmy nie iść razem pozjeżdżać, tylko jedna pilnuje a druga się bawi. Przepraszam. |Ja|
- Nie masz o czym gadać. Przecież nikt nie mógł tego przewidzieć. |On|
- Nie gniewasz się? |Ja|
- Nie, no co Ty. |On|
- To dzięki. |Ja|
Za niedługi czas, Babcia Mu kupiła nowego Chomika, tym razem ciemnoszarego czy czarnego, już nie pamiętam, ale był już bardziej uważny. Nie wiem czy poznałam Jego imię, czy nie, ale już nie pamiętam, a i nie utrzymujemy kontaktów.
Śmieszna:
Jakoś gdy miałam pięć czy sześć lat, w wakacje wyjechałam z campingiem nad jezioro. Byłam tam z Mamą, Tata Nas odwiedzał, ale musiał również pracować. Jako że mam sklerozę, pamiętam jedynie tyle:
Mieliśmy sąsiadów za taką siatką czy bramą, nie wiem jak to opisać. Przyjeżdżali czasem. No i Oni mieli syna, który wtedy miał jakieś osiemnaście czy dziewiętnaście lat (czyli teraz ma około trzydziestki). No i On miał na imię Michał. Często odwiedzał mnie i moją Mamę. Przynosił Koty (żywe) i w ogóle bawił się ze mną. No i pewnego dnia:
Siedzę sobie z Mamą przed namiotem na leżakach, Mama się opala, a ja zwyczajnie siedzę, nienawidzę opalania, słońce mnie parzy, czemu? Skąd to wiem? Otóż jak jestem długo na słońcu to jak się opalę to ta opalona skóra jest czerwona mocno, boli oraz szczypie nie do wytrzymania. A w wodzie to lepiej sobie nie wyobrażać :(
Taa zbaczam z tematu. No i sobie z Mamą siedzimy. Przyszedł Michał z żabą na rękach. Taka piękna zieloniutka. Wiedział, że Mama boi się żab i miał to być żart. Ja Go zauważyłam, ale siedziałam cicho, bo tak mi przekazał "językiem migowym". No i Mama się w końcu zorientowała, gdy zawołał "Pani Bożenko" (takie ma imię moja Mama). Mama otworzyła oczy. Zobaczyła żabę. Zaczęła się drzeć i piszczeć i z hukiem uciekła do namiotu. Miałam bekę malowaną. Śmiałam się do rozpuku. Żebyście Wy to widzieli. A ja wzięłam tą żabkę na ręce, mówiłam do Niej i opiekowałam się Nią. Aż w końcu.. Tak zrobiłam to! Pocałowałam Ją. Taa myślicie sobie co myślicie. Ale serio (xD). Taka była słodziaśna. Ale trzeba Ją było w końcu wypuścić w trawę/trzciny, tak zrobiłam, nie chciałam męczyć jakichkolwiek zwierząt.
Dodatek:
Gdy miałam jakieś siedem lat, również wyjechałam nad jezioro na wakacje. Tylko gdzie indziej niż w ubiegłym poście. No i właścicielka tamtejszego terenu ostrzegła Nas że łabędzie mogą "szczypać dziobem", "próbować ugryźć". Przekonałam się o tym w rodzicami już +/-1h po przyjeździe. Wylazły se dwa łabędzie i szły w Naszą stronę. Uporczywie kłapały dziobami jednak jeden najwyraźniej zrezygnował bo odszedł. Ale na tamtego co został nic nie działało. W końcu Mama wzięła surowego kartofla i rzuciła w zwierzę w obronie własnej i innych. Ale kurwa chuj. Dalej lezie. Drugi kartofel serwujemy! Proszę bardzo! Za drugim lub trzecim kartoflem w końcu poszedł. Cały czas Nam odcinały/odcinali jezioro, tarasując je trzcinami.
Smutna:
Miałam chyba dziewięć lat wtedy. Szłam z Mamą się przejść do sklepu. Było jakoś pod wieczór, ale lato, czyli było jasno. Dla ciekawskich była godzina mniej więcej szesnasta, albo siedemnasta. Ale nic wtedy nie kupiłyśmy i wracałyśmy obok placu zabaw który jest za moją szkołą (teraz już byłą). Na chwilę się tam z Mamą zatrzymałam. Moja Mama pogadała chwilę z Babcią jakiegoś chłopca, młodszego ode mnie o jakieś dwa lata (?). Nie wiem dokładnie. Tak na oko. No i ten chłopiec był z Chomikiem. Takim pięknym, białym. Ale bez żadnej klatki czy czegoś, nawet bez pudełka, kompletnie bez niczego. No i raz, Chomiczek sobie został na ławce, a ja i mój kolega poszliśmy na zjeżdżalnię. Dosłownie na dwie minuty! Nie więcej! Wracamy.. A Chomiczka nie ma.. W błyskawicznym tempie zaczęliśmy poszukiwania, moja Mama i Jego Babcia też się w to zaangażowały. Był blok obok tego placu, gdzie druga strona jest ciut zarośnięta, tzn długa trawa etc, ale jest taka ścieżka wydeptana, więc źle nie jest. (Tak na marginesie - Lubię chodzić tam za ten blok xD). No i Mama i Babcia szukały po placu, a My w tych zaroślach. Ale sobie wyobrażacie? Na dwie minuty czy nawet niecałe i kamień w wodę! Pewnie zastanawiacie jaki był rezultat poszukiwań.. Otóż nie.. Nie znaleźliśmy. Poszukiwania były długie i bezcelowe.
- Wiesz co? |Ja|
- Co? |On|
- Przepraszam.. |Ja|
- Za co? |On|
- No bo mogłam zostać czy coś i mogliśmy nie iść razem pozjeżdżać, tylko jedna pilnuje a druga się bawi. Przepraszam. |Ja|
- Nie masz o czym gadać. Przecież nikt nie mógł tego przewidzieć. |On|
- Nie gniewasz się? |Ja|
- Nie, no co Ty. |On|
- To dzięki. |Ja|
Za niedługi czas, Babcia Mu kupiła nowego Chomika, tym razem ciemnoszarego czy czarnego, już nie pamiętam, ale był już bardziej uważny. Nie wiem czy poznałam Jego imię, czy nie, ale już nie pamiętam, a i nie utrzymujemy kontaktów.
Śmieszna:
Jakoś gdy miałam pięć czy sześć lat, w wakacje wyjechałam z campingiem nad jezioro. Byłam tam z Mamą, Tata Nas odwiedzał, ale musiał również pracować. Jako że mam sklerozę, pamiętam jedynie tyle:
Mieliśmy sąsiadów za taką siatką czy bramą, nie wiem jak to opisać. Przyjeżdżali czasem. No i Oni mieli syna, który wtedy miał jakieś osiemnaście czy dziewiętnaście lat (czyli teraz ma około trzydziestki). No i On miał na imię Michał. Często odwiedzał mnie i moją Mamę. Przynosił Koty (żywe) i w ogóle bawił się ze mną. No i pewnego dnia:
Siedzę sobie z Mamą przed namiotem na leżakach, Mama się opala, a ja zwyczajnie siedzę, nienawidzę opalania, słońce mnie parzy, czemu? Skąd to wiem? Otóż jak jestem długo na słońcu to jak się opalę to ta opalona skóra jest czerwona mocno, boli oraz szczypie nie do wytrzymania. A w wodzie to lepiej sobie nie wyobrażać :(
Taa zbaczam z tematu. No i sobie z Mamą siedzimy. Przyszedł Michał z żabą na rękach. Taka piękna zieloniutka. Wiedział, że Mama boi się żab i miał to być żart. Ja Go zauważyłam, ale siedziałam cicho, bo tak mi przekazał "językiem migowym". No i Mama się w końcu zorientowała, gdy zawołał "Pani Bożenko" (takie ma imię moja Mama). Mama otworzyła oczy. Zobaczyła żabę. Zaczęła się drzeć i piszczeć i z hukiem uciekła do namiotu. Miałam bekę malowaną. Śmiałam się do rozpuku. Żebyście Wy to widzieli. A ja wzięłam tą żabkę na ręce, mówiłam do Niej i opiekowałam się Nią. Aż w końcu.. Tak zrobiłam to! Pocałowałam Ją. Taa myślicie sobie co myślicie. Ale serio (xD). Taka była słodziaśna. Ale trzeba Ją było w końcu wypuścić w trawę/trzciny, tak zrobiłam, nie chciałam męczyć jakichkolwiek zwierząt.
Dodatek:
Gdy miałam jakieś siedem lat, również wyjechałam nad jezioro na wakacje. Tylko gdzie indziej niż w ubiegłym poście. No i właścicielka tamtejszego terenu ostrzegła Nas że łabędzie mogą "szczypać dziobem", "próbować ugryźć". Przekonałam się o tym w rodzicami już +/-1h po przyjeździe. Wylazły se dwa łabędzie i szły w Naszą stronę. Uporczywie kłapały dziobami jednak jeden najwyraźniej zrezygnował bo odszedł. Ale na tamtego co został nic nie działało. W końcu Mama wzięła surowego kartofla i rzuciła w zwierzę w obronie własnej i innych. Ale kurwa chuj. Dalej lezie. Drugi kartofel serwujemy! Proszę bardzo! Za drugim lub trzecim kartoflem w końcu poszedł. Cały czas Nam odcinały/odcinali jezioro, tarasując je trzcinami.
Komentarze
Prześlij komentarz